piątek, 19 stycznia 2018

Pokoik dziecięcy: kącik wypoczynkowy

Lubię weekendy kiedy ich nie ma,... poza tym jednym małym wyjątkiem, który wciąż jeszcze nocami  dostawia się do mnie niczym do wodopoju. Zaradne to dziecię, nie powiem, sprytnie czeka aż matka zapadnie w głęboki sen, i nie zważając na jej protesty, czerpie jakoby znalazł oazę na pustyni, cóż mam począć, ja biedna... Widocznie  osobnik ów, nie gotowy jeszcze na zerwanie pępowiny z rodzicielką, tak jak pozostali z miotu....tak więc poza tym jednym MAŁYM wyjątkiem, reszta watahy pakuje manatki i zawija do babci, i nie po to by ją pożreć, ale po to,by wciągnąć tonę bitej śmietany, z ciastem czekoladowym i bitą śmietaną, zajadając to wszystko gararetką, lub galaletką jak kto woli, a na deser bitą śmietaną. Również po to, by wrócić do domu z buziami umorusanymi czekoladą, zapewniając, że tym razem nie jedli słodkiego, a także po to, by zrobić tam jeszcze większy bałagan, niż ten, który zostawiają po sobie, pośpiesznie pakując plecaczki, na samo hasło "babunia"...Czasem nawet wyrwane z kontekstu w środku tygodnia...Wystarczy że padnie gdzieś w rozmowie to jedno jedyne magiczne  hasło "BAAABUUUNIAAA", by została uwolniona i puszczona w samopas machina pakowania i euforii, a ja nieświadomie kończąc rozmowę telefoniczną, zobaczyła pod drzwiami dwójkę spakowanych i ubranych potomnych, z plecaczkami na plecach, ulubionymi przytulankami w dłoniach, iskrami w oczach i rzędami błyszczących wyszczerzonych zębów w podekscytowanym uśmiechu. Dlatego hasło to w naszym domu używane jest z wielką rozwagą, i tylko w momentach, gdy rzeczywiście jest już weekend, i machina owa może zostać wprowadzona w ruch. Jakże szczęśliwe te chwile, kiedy i matka uradowana tymże pośpiechem, radośnie macha na pożegnanie, z równie wyszczerzonym niemalże kompletnym kompletem białych(?) zębów... Nie trwa jednak długo ta radość...bo z chwilą odwrócenia się w stronę ICH pokoju, wita ją ów smutny krajobraz, przypominający, że karoca na bal właśnie odjechała, a ją czeka oddzielanie brudnych skarpetek od klocków lego, książeczek i obślinionych kawałków chleba, które sprytnie ukrywa najmłodszy z watahy, na przysłowiowe "zaś". Dlatego nie proście już więcej o szersze kadry ICH pokoiku, bo się nie da. A to co widać na zdjęciach, zostało osiągnięte cudem i przy pomocy mojej nogospychaczki, umożliwiającej dojście od drzwi do okna, i poruszanie się po tak udrożnionych korytach dywanu w tym całym bagnie. Oni sami często chcąc dojść do jakiejś zabawki lub regału, brodzą podnosząc wysoko kolana, z mocno skupioną miną, która rozluźnia się w momencie dotarcia do celu..rozluźnia się także w innych momentach, ale nie chcę o tym pisać. Także:
Wszystkim Babuniom, i Dziadziuniom, życzymy wspaniałego weekendu, w towarzystwie ukochanych wnucząt! Co to by było, gdyby was nie było!
DZIĘKUJEMY WAM Z CAŁEGO SERCA, ZA TO, ŻE JESTEŚCIE!
I w ten weekend matka miotu także jedzie tą karocą z potomnymi, będzie jadła ciasto czekoladowe z bitą śmietaną, z gararetką tudzież galaletką, a na deser zajadała bitą śmietanę, pożegna kolejnego członka uzębienia, po czym wróci w pospiechu oddzielać skarpety od klocków i przeżutego chlebka...ach, no i resztek przeżutych książeczek też...















A jako że miałam tu grzmieć i krzyczeć, kiedy cokolwiek mi wyjdzie, to tak, wyszło mi to, że zabrałam się za rysowanie. Uczę się, a ta sowa, to jedno z moich pierwszych doświadczeń. Ma za zadanie hukać, gdy dzieci zostawiają syf, patrzeć czy młodociany nie zjada książek, i sprzedawać mi wszystko to, co szepczą zaraz po moim wyjściu z ICH pokoju.



Ten też pilnuje






Dobrego weekendu kochani. 
Pamiętajcie o babciach i dziadkach!



piątek, 12 stycznia 2018

Styczeń w klimacie...

Witam się z wami w 2018 roku! Bardzo się cieszę, że udało mi się! Na prawdę udało mi się wstąpić na bloga w pierwszej połowie stycznia! Amazing, jak na mnie, to bardzo dobrze rokuje na cały rok!
 Jest styczeń...a więc jest zima...śniegu ni ma, ale jest zima, a jak jest zima, to ja jak zwykle o tej porze roku będę przynudzać o barokowych zdobieniach, zimnych pastelach, i rokokowym przepychu. Zachwycać się koronkami, welurami, złotem i wszystkim co w klimacie. Jak co roku o tej porze więcej we mnie nastrojowych refleksji, powagi i skupienia, niż zwykle. Nie tańczę jak wariatka...i nie z powodu bałaganu, przez który nie ma jak stanąć,o nie... ani dlatego, że zbliżają się trudne dni dla każdej kobiety...za to chodzę i pieję kolędy, pieśni sakralne i wszystko co można piać i udawać że pochodzi z tamtych epok. Sprawdzam tylko przezornie, czy okna dokładnie zamknięte. Jak dobrze, że za ścianą nikt nie mieszka, jak dobrze, że nigdy nie mieszkaliście po drugiej stronie ściany, bo chyba nie polubilibyście mnie, a tak, jest zawsze jakaś wątła nadzieja...nikłe światełko w tunelu? Płomyk? Chociaż... jest tu wśród was kilka wyjątków...tak, niestety, pośród tylu przeżytych przez nas mieszkań, znajdą się świadkowie, którzy o dziwo tu zaglądają (aj si ju), ale kochani, Was obowiązuje tajemnica sąsiedzka. Tak, jest coś takiego... zapewniam...choćby od teraz. 
Wracając do tematu i klimatu...mam postanowienie na ten rok.Fajne. A nawet dużo postanowień, mniej fajnych, co do mnie nie podobne... Tak na wszelki wypadek, nie napiszę dokładnie jakie to postanowienia, żebym  nie musiała się tłumaczyć, dlaczego nie wyszło, ale będę się chwalić tu, kiedy coś mi wyjdzie...będę się chwalić, krzyczeć i grzmieć, kiedy mi cokolwiek wyjdzie. Oprócz tego, że mam te postanowienia, sama nie wiem dlaczego je poczyniłam, no ale, kobiety lubią komplikować sobie życie... to z jeszcze paru innych powodów, ten rok będzie dla nas nie lada wyzwaniem. Na horyzoncie same zmiany...same, mam nadzieję że mąż zostanie ten sam...Kochanie? I dzieci...tak, te same. Kolejna przeprowadzka...chyba piąta odkąd ten blog istnieje- oby ostatnia, zupełnie nowa droga zawodowa, szkolne perypetie też wejdą buciorami w nasze życie, i mam nadzieje że po drodze nie wdepną w coś co podobno przynosi szczęście. Bóg sam wie, i politycy (chociaż oni, w tym co robią pogubili się bardziej niż ja, w tym co piszę), co jeszcze nas czeka, ale mimo wszystko, podkreślam, mimo wszystko jestem dobrej myśli, i pełna spokoju. Moje priorytety coraz solidniej trzymają się swoich miejsc, i czuję że dojrzewam...może nawet zacznę jeździć autem dalej niż do biedronki. Who knows? 
Bójcie się kiedy to nastąpi:)
Ściskam kochani
















Pa pa :)

piątek, 29 grudnia 2017

"Choinko piękna jak las..."

Kiedy byłam dzieckiem, babcia i dziadek, choć właściwie bardziej dziadek, wciskał mi bajki, że w Wigilię Bożego Narodzenia, zwierzęta mówią ludzkim głosem, ale tylko o północy...was też tak robili w bambuko? Czy tylko ja, zamiast zripostować, jak to na bystre dziecko przystało, stawałam z otwartą buzią, i jeszcze większymi oczami niż mam, wlepiając się w zegar i czekając na północ...tak, byłam już duża i znałam się na zegarku, a gdy byłam jeszcze starsza, wierzyłam że wiewiórki łamią zębami gałęzie...yyy, mniejsza z tym. Teraz jestem już dojrzalsza, bo stara to tak nie ładnie brzmi prawda (?)...i mogę wam  potwierdzić, iż jest to mit! Zwierzęta nie mówią po północy! Prawda poparta moimi wieloletnimi badaniami. Żadne z entuzjastycznie budzonych przeze mnie, o północy, domowych pupili  nigdy nie przemówiło, a dziadkowi już więcej nie uwierzyłam....I tak strojąc sobie naszą choinkę, w wigilijne popołudnie (my zawsze spóźnieni),  śpiewałam sobie "Choinko piękna jak las, choinko zostań wśród nas...", nawet ładnie mi to wychodziło, wiecie, więc głośno śpiewałam, płynęłam tym moim sop...sop...sopranem, a wraz ze mną radosne odgłosy kopytnych i drobiu, z żywej szopki Bożonarodzeniowej (tak, mieliśmy ją niemalże pod oknem i słyszeliśmy je nawet w nocy, ale to było fajne)... i nagle ta myśl! A gdyby przemówiła po północy, gdyby moja choinka przemówiła..., myślę sobie, co by powiedziała? Zapewne dla każdego miała by przekaz innej treści. Do Panienki by się uśmiechnęła, pogłaskała po głowie i powiedziała: kochana, możesz kręcić baletniczkami kiedy chcesz, tak pięknie wirują... Mężowi kazała by czasem gasić lampki...tak szybko odchodzą, Paniczowi by rzekła: mój drogi, obiecuję, za rok będą też bombki auta i rakiety, do najmłodszego Jegomościa zapewne powiedziała by: nie ciągnij! A do mnie? A do mnie szepnęła by na uszko: moja droga, ty dobrze wiesz, że zostanę z wami dłuuugo, bo ty dobrze wiesz, że koło lasu to ja nawet nie stałam, i igieł nie zgubię, a sama przecież jesteś tak nieogarnięta, że postoję jak zwykle do połowy wielkiego postu, także nic się nie bój, zdążymy jeszcze się sobą nacieszyć... po czym zamilkła by do kolejnej wigilii ;)
A to nasza choineczka. Będzie z nami pewnie tylko do połowy Wielkiego Postu, więc na wszelki wypadek wrzucę dużo zdjęć ;)













Ciapanie po bombkach lakierem do paznokci, koniecznie przy jakimś świątecznym filmie, to już moja tradycja świąteczna. Bardzo to lubię. Duża część widocznych tu bombek, została w ten sposób przeze mnie zaciapana.



Nie żebym tam zaglądała baletniczce pod spódnice, ale choinka od dołu fajnie wygląda...