wtorek, 6 marca 2018

Koronkowe lampiony DIY

Po miesiącu chorowania (nie żeby nam już przeszło), zebrałam się wreszcie, za obiecane wam na Instagramie DIY. 
Pokażę wam dziś jak zrobić 
GIRLANDĘ Z LAMPIONÓW. 
To druga girlanda, którą poczyniłam, pierwszą znajdziecie TUTAJ. Obie girlandy, wykonałam na bazie jednorazowych plastikowych kubeczków, ale Wy możecie też zrobić podobne  z: 
-Piłeczek do ping ponga
-Plastikowych kulek- tych do baseników dziecięcych
-Główek sztucznych kwiatów
-Papierowe z origami
-Plecionki z drucika, i co tylko wyobraźnia wam podsunie.
Girlanda z kubeczków
Do wykonania lampionów z kubeczków będą potrzebne:
-Jednorazowe kubeczki plastikowe/papierowe, białe
-Girlanda lampek diodowych (ponieważ diody się nie nagrzewają)
-Materiały na obszycie- tu pełna dowolność: koronki, bawełna, płótno, elastyki, może być także papier ozdobny, który nakleicie na kubeczek bez konieczności szycia. Materiały także można nakleić przy pomocy dwustronnej taśmy klejącej, ja jednak wolę wersję zdejmowalną, czyli wymagającą zszycia tu i tam.
Materiały zwykle biorę ze starych niepotrzebnych mi ubrań, poszewek, ściereczek, lub szukam ciekawych wzorów w second handach.
-Nożyk lub nożyczki do paznokci-czyli ostre i drobne- będą potrzebne do nacięcia w kubeczkach dziurek.
-Miarka lub linijka,
opcjonalnie kartka, długopis do zapisania wymiarów.
-Sznureczek/gumka/mocniejsza grubsza nić.
-Nici do szycia i maszyna do szycia :P, a jeśli szyjecie ręcznie, to wiadomo, sama igła i nici :D.
-Agrafka lub wsuwka do wciągnięcia sznureczka/gumki.






Krok 1.: Mierzymy
Mierzymy kubeczki: górny obwód, dolny obwód, długość.
Obwodem górnym nazywam węższą część kubeczka, obwód dolny to szersza część.
Wymiary zapisujemy na kartce, chyba że zapamiętacie...ja wolę zapisać ;).
Do obwodu górnego i dolnego dodajemy po 1 cm, będzie to zapas na zszycie.
Do długości kubeczka dodajemy 2 cm od góry, i ok 3 cm na dole
Możecie też zmierzyć dolną średnicę, żeby wiedzieć, czy o te 3 cm na dole nie będzie za mało lub za dużo. 








Krok 2.: Rysujemy
Rysujemy na kartce trapez o wymiarach naszego kubeczka, uwzględniając nadmiar, potrzebny na zszycie.
Ten trapez to wykrój, który po wycięciu z papieru, będzie można przyłożyć do materiału, odrysować i przy jego pomocy wyciąć równe kawałki materiału. Nie jest to konieczna czynność, ale w znacznym stopniu ułatwia pracę.




Krok 3.: Szyjemy
Zszywamy najpierw wzdłuż długości. 
Jeśli szyjecie koronki, gipiurę lub łatwo prujące się materiały, polecam użyć ściegu overlockowego lub zygzaka, który jednocześnie umocni i zabezpieczy brzegi materiału przed pruciem. 
Do mniej wymagających tkanin o gęstszym splocie niż wszelkie ażury, czy swetrówki, wystarczy zwykły prosty ścieg. Na zdjęciu poniżej, możecie dostrzec ścieg zygzakowy.


Teraz pora na tuneliki, czyli podwijamy dolny i górny brzeg materiału.
 Od góry zawijamy materiał na ok 1 cm, i zszywamy tak, by było ok 0,5 cm miejsca na wciągnięcie sznureczka.
Od dołu zawijamy materiał także na 1 cm, i zszywamy tak by zostało te 0,5 cm tunelu na sznureczek.


Krok 4.: Dziurki w kubeczkach
Na środku dna kubeczka, nacinamy krzyżyk i przymierzamy czy lampka wejdzie.
W podobny sposób nacinamy resztę kubeczków





Krok 5.: Zakładamy pokrowce na kubeczki
Ubieramy nasze kubeczki w uszyte pokrowce,  i wciągamy sznureczki w tuneliki. Możecie to zrobić np. przy pomocy agrafki lub wsuwki do włosów. 
Sznureczki zawiązujemy, jednocześnie ściągając materiał tak, by nie było luzu.








Krok 6.: Wciskamy lampki w dziurki gotowych kubeczków
I voila! Prawda, że proste?
Teraz cieszymy się efektem i relaksujemy przy nastrojowej muzyce.




Dajcie znać, czy Wam się podobało, jeśli tak, to w następnym DIY, pokażę, jak zrobić klimatyczną, rozwijającą wyobraźnię, zabawkę dla dzieci:)
Ściskam :*

sobota, 17 lutego 2018

Sypialnia za parawanem

Luty...druga połowa Lutego. Krótki Luty...druga połowa krótkiego Lutego...czaicie? Zaraz wiosna! 
A co to oznacza? A to oznacza, że poważne, chłodne pastelowe klimaty barokowe, z poważnymi złotymi zdobieniami, rozpływają się w mniej zobowiązującym miszmaszowym klimacie wschodnioorientalnych tematów, z etnicznymi zdobieniami, w boho ażurowych fakturach i delikatnych europejskich posypkach....rozumiecie coś z tego? No ja też nie, tak jak i tego, że pączki na drzewach pojawiają się, by kilka dni później zamarznąć, a my zdrowiejemy, by kilka dni później  stwierdzić, że chorowanie nie było takie złe, więc czemu nie? Zachorujmy jeszcze raz... No więc...chorujemy. 
A jak coś robić to z przytupem, więc chorujemy też z przytupem, dlatego żeby godnie przebyć tą chorobę, zadbałam, by miejsce sypialniane, w którym spędzamy większość czasu, było przyjemne i w nastrojowym klimacie. Pieczołowicie dobrałam zatem kolory poszewek...nie żeby tylko takie zostały po jelitówkowej euforii, i nie żebym w panice wyciągała schowane, nowe, Pepcowe jeszcze z metką, czekające na swój wielki debiut, ozdobne poszewki z pomponikami, nie nie,  po prostu ciepły pastelowy róż, to kolor przedwiośnia w naszej rodzinie. Przedwiośnie trzeba akcentować kolorystycznie, ponieważ to niezwykle ważne, by mieć perspektywę rychłej zmiany na lepsze. Tak jak nadzieja jest matką...koloru zielonego, tak w naszej rodzinie przedwiośnie nosi kolor pastelowego różu... Zapewniam, że nawet drogi mąż, na pytanie: "jaki jest kolor przedwiośnia w Państwa rodzinie?", odpowiedziałby z promiennym uśmiechem na twarzy, pewnością w głosie i bez mrugnięcia okiem, że jest nim ciepły pastelowy róż"... Także sprytne akcenty kolorystyczne, w postaci przewieszonej części garderoby, i niezwykle komponującej się z nią torebki, znalazły się tu nie ot tak, jakby w panice podnoszone, przed "zigającym" Jegomościem,  o nie. Torebka wcale nie była pod ręką od wigilii, dlatego, że połyskuje tak, iż jest w stanie zająć dziecię na dłużej niż 5 min...ja nie potrzebuję takich rozwiązań, przecież doskonale radzę sobie z wychowaniem. Po prostu bardzo zależało mi, by kolorystyka przedwiosenna była dobrze dobrana, i widoczna z każdej perspektywy, zarówno leżąc na łóżku, jak i biegnąc z łóżka w stronę toalety. W tym celu przekopałam pół szafy, by znaleźć te dwa elementy układanki. To ciekawe rozwiązanie, z częściami garderoby, dopina kolorystycznie całość, i sprawia, iż patrząc na sypialnię, z każdego punktu mieszkania (tu trzeba zaznaczyć, iż "sypialnia", o której mowa, to kąt w salonie, a salon to pokój przechodni, dlatego nie trudną ją przegapić), tworzy ona niebanalną kompozycję, z pastelowym różem na czele, który niebawem sam spowoduje w naszej rodzinie iście jelitówkowe reakcje, jeżeli w miarę prędko nie uporamy się z pochorobowymi górami prania. 











Bo w między jednym a drugim przypływie jelitówkowej euforii, drzemka, to tak spokojny czas, że matka uwiecznić to musiała, i skarpety do pary...trzeba było uwiecznić, wierzcie mi...a tak serio, to nie dało się go wykadrować, jak zwykle, na samym środku łóżka...


Ten stolik nocny, a właściwie taboret nocny, za dnia stoi przy parawanie, ponieważ tuż obok zagłówka łóżka mieści się wejście do pokoiku dzieci, i taboret blokowałby drzwi. Natomiast w nocy spełnia swoje zadanie i służy jako stolik.
Co do parawanu, to z jednej strony pobieliłam go, by bardziej odświeżał wnętrze wizualnie, z drugiej ma oryginalne złote przecierki. Musimy jeszcze domalować dół, gdyż w poprzednim mieszkaniu był tak ulokowany, że nie było dojścia, i pomalowałam go tylko częściowo...


Półki z Ikei też czekają na pomalowanie...

 





  

Aż sama napatrzeć się nie mogę, i nadziwić, jaki na tych zdjęciach spokój i ład...kadrowanie, to jednak wielka moc. 

piątek, 2 lutego 2018

Styczniowy post z zabytkiem w tle

Witam was z ostatnim postem styczniowym...To nic nie szkodzi że luty. W moim świecie cuda się zdarzają, nawet styczeń w lutym może być, także niech was to absolutnie nie dziwi. Post ten miał się pojawić tydzień temu, jako ostatni styczniowy wpis, jednak choroba rozłożyła nas na cztery strony świata, wycinając kilka dni z życia, więc ja sobie je teraz dodam, a luty...luty i tak z natury krótki jest, te kilka dni, o które przedłużę sobie styczeń, na pewno mu nie zaszkodzą. 
Jako zwieńczenie stycznia, i towarzyszących mi o tej porze roku, klimatów barokowych, zaplanowałam wycieczkę do najpiękniejszej poznańskiej barokowej świątyni, i jednej z większych i piękniejszych barokowych świątyń w Polsce, czyli bazyliki kolegiackiej w poznaniu- tzw. fary poznańskiej. Bywałam tam już niekiedy, ale zawsze w pośpiechu. Teraz wreszcie miałam czas, by dokładnie przyjrzeć się architekturze, rzeźbom, zdobieniom... Wchodząc tam liczcie się z faktem, iż nie oderwiecie wzroku od pięknego, bogato zdobionego sklepienia, co dla baroku jest typowe. Mogłabym patrzeć, patrzeć, i patrzeć, i nie jeść, nie pić, tylko cieszyć oczy tymi majestatycznymi dziełami. W niedalekiej przyszłości zamierzam zwiedzić, już z przewodnikiem, podziemie i koniecznie organy, których nigdy nie widziałam z bliska, a bardzo jestem ciekawa, ponieważ to zabytek z 1876 roku, niezwykle okazały, zresztą musicie zobaczyć to na własne oczy, a póki co, pozostawiam wam moje nieudolne kadry, poczynione trzęsącą się ze wzruszenia ręką. Tak, działają na mnie takie miejsca, i to mocno.